|
Wyzwolenie Gostynia-wspomnienia Kazimierza
Woźnego
Fragment książki
"Wielkopolanie o roku 1945", wydawnictwo Poznań
Wiosną 1944r.
zostałem wysłany na prace przymusowe do małej
miejscowości Treuenbrietzen pod Berlinem.
Pojechaliśmy całą grupą około 80-pracowników,
fachowców budowlanych, którzy odtąd stanowić
mieli w Niemczech oddział dużej gostyńskiej
firmy budowlanej. Jej treuhander, inż. Matthias
Karabas, Niemiec z Rumuni, pozostał w centrali w
Gostyniu, z nami zaś wysłano krewkiego,
widzącego w każdym Polaku potencjalnego wroga,
volksdeutscha z Sudetów, Herberta Forstera. Nasz
pobyt w Niemczech stanowi osobny rozdział.
Wspomnę tylko, iż w okresie wzmożonych nalotów
alianckich na Berlin przeżyliśmy tam niemało. Dochodził do tego
terror niemieckich majstrów i policji,
ograniczenie wolności osobistej do minimum,
głodowe racje żywnościowe i wiele innych
codziennych przykrości. W styczniu 1945r.
czuliśmy już wszyscy w kościach, że wojna zbliża
się ku końcowi. Nikt z nas oczywiście nie
wątpił, kto z niej wyjdzie zwycięsko, toteż
wszystkie te codzienne udręki wydawały się teraz
łatwiejsze do zniesienia. Z dnia na dzień
zmieniał się też stosunek Niemców do nas. Na
wszelki wypadek niektórzy z nich zaczęli
przymilać się nam, częstować papierosami, a
nawet-wprawdzie dość ostrożnie- napomykać o
przegranej wojnie.
Dnia 17 stycznia
nasz Forster powiadomił mnie niespodziewanie ,iż
już pojutrze rano pojadę do Gostynia w celu
załatwienia spraw oddziału i przywiezieniu
pieniędzy dla pracowników. Byłem zupełnie
ogłuszony, wprost nie mogłem w takie szczęście
uwierzyć. Widziałem przecież przed sobą szansę,
że w wypadku szybkiej ofensywy wojsk
radzieckich, uda się, być może, już więcej do
ich Vaterlandu nie powrócić. Dostałem 4-dniową
przepustkę i w dniu 19 stycznia wyruszyłem przez
Berlin pociągiem do Poznania. Na dworcu w
Berlinie, otoczonym wokół stertami gruzów, całe
tłumy przygnębionych i nierzadko zapłakanych
ludzi. Z podsłyszanych rozmów zorientowałem się,
że są to pierwsi uchodźcy z terenu Polski.
Prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy ludzkiej.
Ludzie ci, a szczególnie kobiety i starcy,
sprawiali wrażenie zupełnie zagubionych i
zrezygnowanych. Siedzieli na peronach i w
tunelach na swoich tobołach i czekali, aż ktoś
się nimi zajmie. Przeżyłem wówczas pierwszą
satysfakcję, bo widok ten natychmiast
przypomniał mi naszą ucieczkę we wrześniu 1939r.
Pociąg do Poznania
niebywale zatłoczony. Cywilów prawie nie było
widać, sam Wehrmacht., urlopowicze jadący na
front. Po sześciu godzinach podróży w korytarzu
wysiadłem na dworcu w Poznaniu. Pierwszy widok
wprost szokujący: na peronach sterty waliz i
innych bagaży, tłumy ludzi. Harrenvolk opuszczał
nasze miasta i wsie, nasz kraj..... Właśnie
nadjechały transporty uciekinierów niemieckich z
Łodzi i województwa. Mróz dochodził chyba do-15
stopni, a oni jechali
otwartymi wagonami towarowymi. Dworcowa służba
sanitarna zjawiła się z noszami i wynosiła z
wagonów zmarzniętych czy też zamarzniętych
ludzi. Słychać było płacz, ktoś histerycznie
szlochał i przeklinał. Nie mogłem sobie
wyobrazić jak te transporty pojadą dalej i gdzie
się załadują ci, którzy jeszcze oczekiwali na
peronach.
Od polskiego kolejarza dowiedziałem
się, że Niemcy cofają się na całej linii.
Nadchodzi więc wolność. Wręcz na siłę, klnąc po
niemiecku, wcisnąłem się po trzech godzinach
oczekiwania do pociągu odchodzącego do Leszna.
Jego pasażerami byli wyłącznie uchodźcy
niemieccy, zamierzający jechać z Leszna dalej w
kierunku Wrocławia. Po raz pierwszy słyszałem
wtedy, jak Niemcy klną wojnę i swojego Fuhrera.
W wagonie przez całą drogę płacz, przeklinanie i
użalanie się nad swoim losem.
W Lesznie czekałem kilka godzin na pociąg do
Gostynia. Straciłem już nadzieję, czy w ogóle
jeszcze pojedzie i gdyby
nie noc, zdecydowałbym się
trzydziestokilometrową trasę do Gostynia odbyć
pieszo. Wreszcie pociąg odjechał (był to już
ostatni pociąg niemiecki jadący w tym kierunku).
W pociągu spotkałem dwie znajome dziewczyny volksdeutschki z Gostynia. Na mój widok
przypomniały sobie, że znają przecież język
polski. Bez ogródek oświadczyły, że Niemcy już
wojnę przegrali, i że naród niemiecki czeka
ciężki los. Mimo to one wraz z rodzicami
pozostają w Gostyniu, na dobre i złe, bo zbyt
wiele okropności zobaczyły podczas kilkudniowej
ucieczki współbratymców. Dotarłem wreszcie do
rodzinnego domu. Rodzice nie mogli uwierzyć, że
mnie widzą. Przecież powróciłem dosłownie w
ostatniej chwili. Gdybym wyjechał jeden dzień
później, szansa dostania się do domu byłaby
minimalna. Ojciec oświadczył natychmiast, że
muszę się zamelinować w jakiejś kryjówce i
przeczekać tam do chwili opuszczenia miasta
przez Niemców. Po pierwsze jednak przywiozłem ze
sobą listy wypłat pracowników firmy, na
podstawie których miano im wypłacić w Niemczech
pensje (ja byłem już w domu, oni tam pozostali
i przez jakiś czas byliby bez feniga), a po
drugie liczyłem na to, że przy panicznym eksodusie Niemców nikt się specjalnie nie będzie
interesował moją
skromną osobą.
W sobotę rano 20 stycznia,
zdecydowałem się udać do mojej firmy. W mieście
ogromny ruch. Ulicami przeciągały całe tabory
uciekinierów cywilnych, a także wojsko. Główny
kierunek tego marszu- szosa do Leszna.
Zameldowałem się u szefa. Spojrzał na mnie jak
na ducha z zaświatów, zabrał ode mnie listy
wypłat i oświadczył, że on, wraz z całą rodziną,
za kilka godzin opuszcza Gostyń. Jeśli chcę,
mogę pojechać z nimi (jechał z rodziną osobowym
autem a bagaż załadowano na dwie "rolwagi"), a
jeśli pozostanę-on sprawę wypłaty w Niemczech
załatwi osobiście. Spodziewałem się gorszej
przeprawy, toteż oznajmiłem, iż rzecz jasna jadę
z nim, ale muszę się przedtem spakować.
Oczywiście, ani mi to było w głowie. Na wszelki
wypadek jednak myślałem sobie o przygotowaniu
jakiejś bezpiecznej kryjówki. Starostwo,
wójtostwo, urząd pracy, magistrat- wszystkie te
urzędy były już nieczynne. Wojsko i policja ogołocały sklepy z towaru i pakowały na różne
środki lokomocji. W urzędzie gospodarczym (Wirtschaftsamt)
odbywało się palenie kartek żywnościowych, jak
gdyby miały się one jeszcze kiedykolwiek na coś
przydać.
Na ulicach miasta
skrzeczały megafony. Kreisleiter wygłaszał do
swoich
rodaków ostatnią już w Gostyniu przemowę. Obiecywał sprawną ewakuację i
rychły powrót. W ciągu czterech godzin wszyscy
mieli być spakowani, lecz
wolno było zabierać, co się uniesie. Mieli wrócić
przecież do swoich
"domów" w ciągu 3-4 tygodni. W swej mowie zwrócił
się również do
tzw. Leistungspolen, namawiając, aby oni i ich
rodziny ewakuowały się
razem z Niemcami.
Spotkałem syna mego szefa, byłego żołnierza
Wehrmachtu. Przed
paroma miesiącami powrócił ze szpitala z ciężkim
urazem
czaszki. Przebywał 3 lata na froncie wschodnim i
tam dostał w głowę
odłamkiem granatu. Oznajmił mi, że żołnierze, z
tego frontu już po
Stalingradzie przestali wierzyć w zwycięstwo. Ich
los był straszny,
ale najbardziej cierpi teraz niemiecka
ludność. Mimo swego załamania
doradził mi, abym się dobrze ukrył, gdyż policja i
wojska SS przed
ostatecznym opuszczeniem miasta zwykle je
jeszcze przeczesują, a wtedy
każdy, kto nie posiada odpowiednich
dokumentów, jest natychmiast
rozstrzeliwany. W sobotę do wieczora większa część miejscowych
Niemców zdążyła
opuścić miasto. W dalszym ciągu ulicami jechały
wozy wiejskie z
uciekinierami, przechodziły luźne formacje
wojska. Nadal było bardzo
mroźno, na ulicach leżał śnieg.
W niedzielę 21 stycznia, trzaskający mróz. Znowu
całe kolumny
wozów, samochodów i pieszych. Tego widoku nie
zapomni się do końca
życia. Dowiedziałem się, że po gostyńskich
Niemcach nie ma ani
śladu, pozostali tylko ci, którzy zdecydowali nie
ruszać się z Gostynia.
Mieszkańcy domów znajdujących się przy
ulicach, przez które
ciągnęli uciekinierzy-wypatrywali w oknach. W
mieście zapanowało
bezkrólewie- nie było żadnej władzy (przynajmniej
pozornie), nikt nie
pracował. Czekaliśmy wszyscy w najwyższym
napięciu, bo wiele się jeszcze
mogło zdarzyć, nim zostaniemy wyzwoleni. Znaliśmy
Niemców, wiedzieliśmy
do czego są zdolni.
Poniedziałek 22-stycznia. Nadal silny mróz. Dzisiejszej nocy
Gostyń poniósł stratę, być może
niepowetowaną. Chluba miasta, wzniesiony
wielkim wysiłkiem społeczeństwa gostyńskiego
gmach gimnazjum spalił
się do samych suteren. Kwaterowały tam znajdujące
się w odwrocie
oddziały niemieckie. W skutek nieostrożności
któregoś z żołnierzy (a
może z rozmysłu?) nastąpiła w jednym z
pomieszczeń eksplozja pocisku
przeciwpancernego. Spowodowało to wybuch nagromadzonej tam amunicji, w
rezultacie czego budynek uległ prawie całkowitemu
zniszczeniu. Przez
ostatnie 3 lata okupacji, każdego dnia
przechodziłem kilkakrotnie obok
naszego gimnazjum. Za każdym razem z dumą i
rozrzewnieniem patrzyłem
na przebijający wyraźnie spod nałożonego przez
Niemców tynku napis na
froncie gmachu: "Bogu i Ojczyźnie
Odrodzonej". Teraz nasze gimnazjum
przestało istnieć.
Ulicami miasta przeciągały nadal masy
uciekinierów cywilnych i
wojska. Cywile sprawiali wrażenie kompletnie
załamanych, zaś na twarzach
żołnierzy malowała się apatia i przygnębienie. Po
raz pierwszy ujrzałem
żołnierzy węgierskich i własowców. Jechali na
małych, kosmatych
konikach, byli bardzo zaniedbani, odbiegali
wyraźnie wyglądem od nieźle
ubranych żołnierzy Wehrmachtu.
Krążyły już wieści, iż Rosjanie zajęli Rawicz i
Jarocin, a więc
możemy się ich spodziewać w ciągu najbliższych
godzin. Pod wieczór
rozległo się łomotanie do szczelnie zamkniętych
drzwi frontowych
naszego domu. Uchylam ostrożnie firanę. Przed
drzwiami stoi 5 żołnierzy
niemieckich. Nie ma rady, trzeba ich wpuścić, bo i
bez zaproszenia
wejdą.
Są brudni, nie ogoleni i potwornie
zmęczeni. Natychmiast zrzucają
z siebie cały wojenny rynsztunek i proszą o
jakiś gorący napój. Są w
wieku 40-50 lat, wszyscy w randze podoficerów. Ich
jednostka została
rozbita w drugim dniu ofensywy radzieckiej i od
tego czasu są w
ciągłym odwrocie. Cofają się na linię Odry, tam ma
być koncentracja
ocalonych resztek wielkich armii. Mówią:" Der krieg
ist schon
verloren, die Russen besetzen Deutschland und
wir werden alle
vernichtet". Po kolacji złożonej z konserw
wystawiają jednego ze swych
kolegów na wartę, reszta wali się pokotem na
podłogę nie zdejmując
nawet butów. Cała nasza rodzina i reszta lokatorów spędza tę
noc
bezsennie. Myślimy tylko o jednym: co będzie jeśli
do miasta wejdą
Rosjanie i kwaterujący u nas żołnierze nie zdążą
zwiać. Dojdzie wtedy
do walki, a wówczas i my możemy oberwać. Noc mija spokojnie, o 4.00 rano Niemcy zbierają się i ruszają w kierunku
Leszna. Przez zapomnienie czy
nieuwagę zostawiają kilka granatów
trzonkowych (znalazłem je wsunięte
pod szafę). Wynoszę je do ogrodu i zagrzebuję
głęboko w śniegu.
Wtorek, 23
stycznia. Sytuacja bez zmian. Na ulicach może
trochę mniej uciekinierów, ale za to coraz
więcej wojska. Różne formacje, nie ma jednak
wśród nich oddziałów SS, z czego wysuwam
wniosek, że Rosjanie są jeszcze daleko, gdyż
kwaterujący u nas żołnierze mówili nam, że
SS-mani cofają się ostatni. Boimy się ich
przybycia. Jeśli będą mieć dość
czasu, może być źle... Przeciągające wojsko
rabuje co się da. Niektórzy żołnierze są pijani,
widać po nich, że mają dość wszystkiego, że
chcieli by gdzieś się położyć i wypocząć. Ciągną
jednak uparcie dalej, gna ich strach przed
Rosjanami.
Noc spędzamy w piwnicy. Wydaje nam się, że jest
tu najbezpieczniej. O godz.1 podrywamy się
gwałtownie na nogi. Słychać potworne eksplozje,
wydaje się, że miasto jest bombardowane.
Wybiegam do ogrodu i widzę, że od strony lasu-w
kierunku na Stary Gostyń-horyzont rozświetlony
jest wybuchami. Ziemia drży,
wylatują szyby z okien. Po 10- minutach powraca
spokój. Wszyscy jesteśmy zdenerwowani, gubimy
się w domysłach, co to mogło być. Dopiero
następnego ranka dowiadujemy się, że Niemcy
wysadzili w powietrze zmagazynowane w lesie 60
wagonów amunicji. Rosjanie są już podobno w
Krobi, a to tylko 15 km od Gostynia.
Środa, 24 stycznia.
Mróz. Skąd bierze się jeszcze tylu uciekinierów
i takie masy wojska? Przeciągnęły już chyba
dziesiątki tysięcy i nadal nie widać końca.
Coraz więcej formacji pomocniczych, dużo Węgrów
i własowców. Węgrzy są ubrani przedziwnie.
Wojskowe kurtki i cywilne spodnie albo
odwrotnie. Często maszerują w cywilnych
ubraniach. Niektórzy nie mają żadnej broni.
Wchodzą do mieszkań, ukradkiem próbują się
pozbyć wojskowych rupieci. Proszą o jakiś rozgrzewający napój, są zagubieni, bezradni.
Trudno się z nimi porozumieć, tylko niewielu zna niemiecki. Na podwórzu znajduję porzucony
karabin. Po zapadnięciu zmroku wysuwam go pod
bramą na chodnik ulicy. Leżą tam już karabiny,
hełmy, jakieś łopatki, maski gazowe-wszystko to,
co cofający się żołnierz uznał za zbyteczny
balast.
strona:
1
2
|