Kontakt:

Stowarzyszenie Pomost, o. Gostyń

biuro 65 573 31 41

kom. 607 101 703

kom. 601 469 494

 

 

Ciekawostki

Wyzwolenie Gostynia-wspomnienia Kazimierza Woźnego

Fragment książki "Wielkopolanie o roku 1945", wydawnictwo Poznań

Wiosną 1944r. zostałem wysłany na prace przymusowe do małej miejscowości Treuenbrietzen pod Berlinem. Pojechaliśmy całą grupą około 80-pracowników, fachowców budowlanych, którzy odtąd stanowić mieli w Niemczech oddział dużej gostyńskiej firmy budowlanej. Jej treuhander, inż. Matthias Karabas, Niemiec z Rumuni, pozostał w centrali w Gostyniu, z nami zaś wysłano krewkiego, widzącego w każdym Polaku potencjalnego wroga, volksdeutscha z Sudetów, Herberta Forstera. Nasz pobyt w Niemczech stanowi osobny rozdział. Wspomnę tylko, iż w okresie wzmożonych nalotów alianckich na Berlin przeżyliśmy tam niemało. Dochodził do tego terror niemieckich majstrów i policji, ograniczenie wolności osobistej do minimum, głodowe racje żywnościowe i wiele innych codziennych przykrości. W styczniu 1945r. czuliśmy już wszyscy w kościach, że wojna zbliża się ku końcowi. Nikt z nas oczywiście nie wątpił, kto z niej wyjdzie zwycięsko, toteż wszystkie te codzienne udręki wydawały się teraz łatwiejsze do zniesienia. Z dnia na dzień zmieniał się też stosunek Niemców do nas. Na wszelki wypadek niektórzy z nich zaczęli przymilać się nam, częstować papierosami, a nawet-wprawdzie dość ostrożnie- napomykać o przegranej wojnie.

Dnia 17 stycznia nasz Forster powiadomił mnie niespodziewanie ,iż już pojutrze rano pojadę do Gostynia w celu załatwienia spraw oddziału i przywiezieniu pieniędzy dla pracowników. Byłem zupełnie ogłuszony, wprost nie mogłem w takie szczęście uwierzyć. Widziałem przecież przed sobą szansę, że w wypadku szybkiej ofensywy wojsk radzieckich, uda się, być może, już więcej do ich Vaterlandu nie powrócić. Dostałem 4-dniową przepustkę i w dniu 19 stycznia wyruszyłem przez Berlin pociągiem do Poznania. Na dworcu w Berlinie, otoczonym wokół stertami gruzów, całe tłumy przygnębionych i nierzadko zapłakanych ludzi. Z podsłyszanych rozmów zorientowałem się, że są to pierwsi uchodźcy z terenu Polski. Prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy ludzkiej. Ludzie ci, a szczególnie kobiety i starcy, sprawiali wrażenie zupełnie zagubionych i zrezygnowanych. Siedzieli na peronach i w tunelach na swoich tobołach i czekali, aż ktoś się nimi zajmie. Przeżyłem wówczas pierwszą satysfakcję, bo widok ten natychmiast przypomniał mi naszą ucieczkę we wrześniu 1939r.

Pociąg do Poznania niebywale zatłoczony. Cywilów prawie nie było widać, sam Wehrmacht., urlopowicze jadący na front. Po sześciu godzinach podróży w korytarzu wysiadłem na dworcu w Poznaniu. Pierwszy widok wprost szokujący: na peronach sterty waliz i innych bagaży, tłumy ludzi. Harrenvolk opuszczał nasze miasta i wsie, nasz kraj..... Właśnie nadjechały transporty uciekinierów niemieckich z Łodzi i województwa. Mróz dochodził chyba do-15 stopni, a oni jechali
otwartymi wagonami towarowymi. Dworcowa służba sanitarna zjawiła się z noszami i wynosiła z wagonów zmarzniętych czy też zamarzniętych ludzi. Słychać było płacz, ktoś histerycznie szlochał i przeklinał. Nie mogłem sobie wyobrazić jak te transporty pojadą dalej i gdzie się załadują ci, którzy jeszcze oczekiwali na peronach.

Od polskiego kolejarza dowiedziałem się, że Niemcy cofają się na całej linii. Nadchodzi więc wolność. Wręcz na siłę, klnąc po niemiecku, wcisnąłem się po trzech godzinach oczekiwania do pociągu odchodzącego do Leszna. Jego pasażerami byli wyłącznie uchodźcy niemieccy, zamierzający jechać z Leszna dalej w kierunku Wrocławia. Po raz pierwszy słyszałem wtedy, jak Niemcy klną wojnę i swojego Fuhrera. W wagonie przez całą drogę płacz, przeklinanie i użalanie się nad swoim losem. W Lesznie czekałem kilka godzin na pociąg do Gostynia. Straciłem już nadzieję, czy w ogóle jeszcze pojedzie i gdyby nie noc, zdecydowałbym się trzydziestokilometrową trasę do Gostynia odbyć pieszo. Wreszcie pociąg odjechał (był to już ostatni pociąg niemiecki jadący w tym kierunku).

W pociągu spotkałem dwie znajome dziewczyny volksdeutschki z Gostynia. Na mój widok przypomniały sobie, że znają przecież język polski. Bez ogródek oświadczyły, że Niemcy już wojnę przegrali, i że naród niemiecki czeka ciężki los. Mimo to one wraz z rodzicami pozostają w Gostyniu, na dobre i złe, bo zbyt wiele okropności zobaczyły podczas kilkudniowej ucieczki współbratymców. Dotarłem wreszcie do rodzinnego domu. Rodzice nie mogli uwierzyć, że mnie widzą. Przecież powróciłem dosłownie w ostatniej chwili. Gdybym wyjechał jeden dzień później, szansa dostania się do domu byłaby minimalna. Ojciec oświadczył natychmiast, że muszę się zamelinować w jakiejś kryjówce i przeczekać tam do chwili opuszczenia miasta przez Niemców. Po pierwsze jednak przywiozłem ze sobą listy wypłat pracowników firmy, na podstawie których miano im wypłacić w Niemczech pensje (ja byłem już w domu, oni tam pozostali i przez jakiś czas byliby bez feniga), a po drugie liczyłem na to, że przy panicznym eksodusie Niemców nikt się specjalnie nie będzie interesował moją skromną osobą.

W sobotę rano 20 stycznia, zdecydowałem się udać do mojej firmy. W mieście ogromny ruch. Ulicami przeciągały całe tabory uciekinierów cywilnych, a także wojsko. Główny kierunek tego marszu- szosa do Leszna. Zameldowałem się u szefa. Spojrzał na mnie jak na ducha z zaświatów, zabrał ode mnie listy wypłat i oświadczył, że on, wraz z całą rodziną, za kilka godzin opuszcza Gostyń. Jeśli chcę, mogę pojechać z nimi (jechał z rodziną osobowym autem a bagaż załadowano na dwie "rolwagi"), a jeśli pozostanę-on sprawę wypłaty w Niemczech załatwi osobiście. Spodziewałem się gorszej przeprawy, toteż oznajmiłem, iż rzecz jasna jadę z nim, ale muszę się przedtem spakować. Oczywiście, ani mi to było w głowie. Na wszelki wypadek jednak myślałem sobie o przygotowaniu jakiejś bezpiecznej kryjówki. Starostwo, wójtostwo, urząd pracy, magistrat- wszystkie te urzędy były już nieczynne. Wojsko i policja ogołocały sklepy z towaru i pakowały na różne środki lokomocji. W urzędzie gospodarczym (Wirtschaftsamt) odbywało się palenie kartek żywnościowych, jak gdyby miały się one jeszcze kiedykolwiek na coś przydać.

Na ulicach miasta skrzeczały megafony. Kreisleiter wygłaszał do swoich rodaków ostatnią już w Gostyniu przemowę. Obiecywał sprawną ewakuację i rychły powrót. W ciągu czterech godzin wszyscy mieli być spakowani, lecz wolno było zabierać, co się uniesie. Mieli wrócić przecież do swoich "domów" w ciągu 3-4 tygodni. W swej mowie zwrócił się również do tzw. Leistungspolen, namawiając, aby oni i ich rodziny ewakuowały się razem z Niemcami. Spotkałem syna mego szefa, byłego żołnierza Wehrmachtu. Przed paroma miesiącami powrócił ze szpitala z ciężkim urazem czaszki. Przebywał 3 lata na froncie wschodnim i tam dostał w głowę odłamkiem granatu. Oznajmił mi, że żołnierze, z tego frontu już po
Stalingradzie przestali wierzyć w zwycięstwo. Ich los był straszny, ale najbardziej cierpi teraz niemiecka ludność. Mimo swego załamania doradził mi, abym się dobrze ukrył, gdyż policja i wojska SS przed ostatecznym opuszczeniem miasta zwykle je jeszcze przeczesują, a wtedy każdy, kto nie posiada odpowiednich dokumentów, jest natychmiast rozstrzeliwany. W sobotę do wieczora większa część miejscowych Niemców zdążyła opuścić miasto. W dalszym ciągu ulicami jechały wozy wiejskie z uciekinierami, przechodziły luźne formacje wojska. Nadal było bardzo mroźno, na ulicach leżał śnieg.

W niedzielę 21 stycznia, trzaskający mróz. Znowu całe kolumny wozów, samochodów i pieszych. Tego widoku nie zapomni się do końca życia. Dowiedziałem się, że po gostyńskich Niemcach nie ma ani śladu, pozostali tylko ci, którzy zdecydowali nie ruszać się z Gostynia. Mieszkańcy domów znajdujących się przy ulicach, przez które ciągnęli uciekinierzy-wypatrywali w oknach. W mieście zapanowało bezkrólewie- nie było żadnej władzy (przynajmniej pozornie), nikt nie pracował. Czekaliśmy wszyscy w najwyższym napięciu, bo wiele się jeszcze mogło zdarzyć, nim zostaniemy wyzwoleni. Znaliśmy Niemców, wiedzieliśmy do czego są zdolni.

Poniedziałek 22-stycznia. Nadal silny mróz. Dzisiejszej nocy Gostyń poniósł stratę, być może niepowetowaną. Chluba miasta, wzniesiony wielkim wysiłkiem społeczeństwa gostyńskiego gmach gimnazjum spalił się do samych suteren. Kwaterowały tam znajdujące się w odwrocie oddziały niemieckie. W skutek nieostrożności któregoś z żołnierzy (a może z rozmysłu?) nastąpiła w jednym z pomieszczeń eksplozja pocisku przeciwpancernego. Spowodowało to wybuch nagromadzonej tam amunicji, w rezultacie czego budynek uległ prawie całkowitemu zniszczeniu. Przez ostatnie 3 lata okupacji, każdego dnia przechodziłem kilkakrotnie obok naszego gimnazjum. Za każdym razem z dumą i rozrzewnieniem patrzyłem na przebijający wyraźnie spod nałożonego przez Niemców tynku napis na froncie gmachu: "Bogu i Ojczyźnie Odrodzonej". Teraz nasze gimnazjum przestało istnieć.

Ulicami miasta przeciągały nadal masy uciekinierów cywilnych i wojska. Cywile sprawiali wrażenie kompletnie załamanych, zaś na twarzach żołnierzy malowała się apatia i przygnębienie. Po raz pierwszy ujrzałem żołnierzy węgierskich i własowców. Jechali na małych, kosmatych konikach, byli bardzo zaniedbani, odbiegali wyraźnie wyglądem od nieźle ubranych żołnierzy Wehrmachtu. Krążyły już wieści, iż Rosjanie zajęli Rawicz i Jarocin, a więc możemy się ich spodziewać w ciągu najbliższych godzin. Pod wieczór rozległo się łomotanie do szczelnie zamkniętych drzwi frontowych
naszego domu. Uchylam ostrożnie firanę. Przed drzwiami stoi 5 żołnierzy niemieckich. Nie ma rady, trzeba ich wpuścić, bo i bez zaproszenia wejdą.

Są brudni, nie ogoleni i potwornie zmęczeni. Natychmiast zrzucają z siebie cały wojenny rynsztunek i proszą o jakiś gorący napój. Są w wieku 40-50 lat, wszyscy w randze podoficerów. Ich jednostka została rozbita w drugim dniu ofensywy radzieckiej i od tego czasu są w ciągłym odwrocie. Cofają się na linię Odry, tam ma być koncentracja ocalonych resztek wielkich armii. Mówią:" Der krieg ist schon verloren, die Russen besetzen Deutschland und wir werden alle vernichtet". Po kolacji złożonej z konserw wystawiają jednego ze swych kolegów na wartę, reszta wali się pokotem na podłogę nie zdejmując nawet butów. Cała nasza rodzina i reszta lokatorów spędza tę noc bezsennie. Myślimy tylko o jednym: co będzie jeśli do miasta wejdą Rosjanie i kwaterujący u nas żołnierze nie zdążą zwiać. Dojdzie wtedy do walki, a wówczas i my możemy oberwać. Noc mija spokojnie, o 4.00 rano Niemcy zbierają się i ruszają w kierunku Leszna. Przez zapomnienie czy nieuwagę zostawiają kilka granatów trzonkowych (znalazłem je wsunięte pod szafę). Wynoszę je do ogrodu i zagrzebuję głęboko w śniegu.

Wtorek, 23 stycznia. Sytuacja bez zmian. Na ulicach może trochę mniej uciekinierów, ale za to coraz więcej wojska. Różne formacje, nie ma jednak wśród nich oddziałów SS, z czego wysuwam wniosek, że Rosjanie są jeszcze daleko, gdyż kwaterujący u nas żołnierze mówili nam, że SS-mani cofają się ostatni. Boimy się ich przybycia. Jeśli będą mieć dość czasu, może być źle... Przeciągające wojsko rabuje co się da. Niektórzy żołnierze są pijani, widać po nich, że mają dość wszystkiego, że chcieli by gdzieś się położyć i wypocząć. Ciągną jednak uparcie dalej, gna ich strach przed Rosjanami.
Noc spędzamy w piwnicy. Wydaje nam się, że jest tu najbezpieczniej. O godz.1 podrywamy się gwałtownie na nogi. Słychać potworne eksplozje, wydaje się, że miasto jest bombardowane. Wybiegam do ogrodu i widzę, że od strony lasu-w kierunku na Stary Gostyń-horyzont rozświetlony jest wybuchami. Ziemia drży, wylatują szyby z okien. Po 10- minutach powraca spokój. Wszyscy jesteśmy zdenerwowani, gubimy się w domysłach, co to mogło być. Dopiero następnego ranka dowiadujemy się, że Niemcy wysadzili w powietrze zmagazynowane w lesie 60 wagonów amunicji. Rosjanie są już podobno w Krobi, a to tylko 15 km od Gostynia.

Środa, 24 stycznia. Mróz. Skąd bierze się jeszcze tylu uciekinierów i takie masy wojska? Przeciągnęły już chyba dziesiątki tysięcy i nadal nie widać końca. Coraz więcej formacji pomocniczych, dużo Węgrów i własowców. Węgrzy są ubrani przedziwnie. Wojskowe kurtki i cywilne spodnie albo odwrotnie. Często maszerują w cywilnych ubraniach. Niektórzy nie mają żadnej broni. Wchodzą do mieszkań, ukradkiem próbują się pozbyć wojskowych rupieci. Proszą o jakiś rozgrzewający napój, są zagubieni, bezradni. Trudno się z nimi porozumieć, tylko niewielu zna niemiecki. Na podwórzu znajduję porzucony karabin. Po zapadnięciu zmroku wysuwam go pod bramą na chodnik ulicy. Leżą tam już karabiny, hełmy, jakieś łopatki, maski gazowe-wszystko to, co cofający się żołnierz uznał za zbyteczny balast.

 

                                                                         strona: 1   2

 

Copyright: Stowarzyszenie Pomost, o. Gostyń

www.pomost.net.pl

projekt: fryga.com