|
Wyzwolenie Gostynia-wspomnienia Kazimierza
Woźnego
Fragment książki
"Wielkopolanie o roku 1945", wydawnictwo Poznań
Oficerowie
nawiewają na motocyklach lub samochodami. Od
czasu do czasu przejedzie kilka czołgów,
samochodów pancernych, czy działek. Wszystko
dokładnie przemieszane, wieją bez ładu i składu.
Chyba jednak Rosjanie są już blisko.
W Piaskach (4km od Gostynia) Niemcy rozgrabili
magazyny wojskowe zawierające w większości
obuwie wojskowe. Żołnierze próbują teraz
zrabowane buty sprzedać. Towar łakomy (ileż to
czasu chodziliśmy w drewniakach), więc amatorów
jest dużo. Kto by tam zresztą obecnie liczył się
z markami! Ale ledwie transakcja dojdzie do
skutku i zadowolony rodak odchodzi z butami pod
pachą, już podbiega do niego inny żołnierz i
kapcie odbiera. Często gęsto wali jeszcze po
twarzy, krzycząc coś o polskich złodziejach.
Takie to morale tej germańskiej armii.
Naszych gostyńskich
policjantów już nie ma. Niekiedy przechodzą
policjanci- uciekinierzy. To już nie ci
sami żandarmi, którzy sprawowali nad nami
nieograniczoną władzę. Przychodzą i proszą o coś
ciepłego do picia, o kawałek chleba. Są jeszcze
groźni, nie możemy więc jawnie okazywać naszej
satysfakcji, ale w duchu pogardzamy nimi i
cieszymy się
z ich upokorzenia. Zupełny brak chleba. Z
czynnych piekarni cały wypiek zabiera wojsko.
Zamknięte są też wszystkie inne sklepy. Niektóre
zostały dokładnie obrabowane przez wojsko,
jeszcze inne już przedtem- nie zważając na
niebezpieczeństwo- ogołocili z towaru gostyńscy
rodacy. Raz po raz słychać strzały karabinowe.
Kolega mówił mi, że w
tzw. Deutsches Haus (mieszczącym się w
restauracji Jezierskiego) policja zastrzeliła
dwóch Polaków za to tylko, że nie chcieli oddać
żołnierzom swoich rowerów.
Wracają ludzie z
okopów, obozów pracy i więzień. Dzisiejszej nocy
spały w naszym mieszkaniu cztery kobiety, byłe
więźniarki z Osiecznej. Następnego ranka, w
silny mróz, udały się pieszo w dalszą drogę do
Krotoszyna. Tejże nocy, tak jak i w poprzednie,
czuwamy na zmianę. Jesteśmy jednak bezradni
wobec własowców, którzy, diabli wiedzą jakim
wiedzeni węchem, wdarli się do ogrodu i rozbili
wszystkie ule z pszczołami. I tak dobrze że nie
władowali się do mieszkania, bo mogłoby być
znacznie gorzej. Krążą już o nich legendy...
Czwartek, 25
stycznia. Mróz. Czekamy w wielkim napięciu na
nadejście Rosjan, ale na razie ulice zawalone są
uciekinierami i wojskiem niemieckim. Dowiadujemy
się, że w nocy Węgrzy ograbili klasztor ojców
Filipinów na Świętej Górze. Przy okazji zrzucili
swoje uniformy i poprzebierali się w mundury
strażackie. Gdzieś w oddali słychać
artyleryjskie strzały. Czasem przemkną
pojedyncze samoloty niemieckie. Wojsko znowu
plądruje składy. Ogołocą nas ze wszystkiego. Na
ulicę w ogóle nie wychodzimy. Do sąsiadów
przeskakujemy ogrodami. Znowu mamy w nocy trzech
żołnierzy. Są tak otępiali ze zmęczenia, że po
wypiciu gorącej kawy, nic nie jedząc, kładą się
na podłogę. My schodzimy do piwnicy, gdzie już
od dawna znajdują się nasze walizki z
najpotrzebniejszymi rzeczami. Ja nie potrzebuję
się o żadne tobołki martwić. Mam tylko to, co na
sobie, reszta została pod Berlinem. Każdej
chwili oczekujemy wysadzenia mostów, jakoś
jednak do tego nie dochodzi.
Piątek, 26
stycznia. Mróz. Strzały słychać coraz bliżej.
Mówią, że Rosjanie zajęli już Kunowo (8km od
Gostynia). Nacierają również z kierunku Krobi.
Teraz to już naprawdę kwestia kilku godzin. Nie
widać przecież, aby Niemcy próbowali
zorganizować jakiś planowany opór, wieją nie
oglądając się za siebie. Zabawny widok: jedzie
na koniu żołnierz czy oficer niemiecki, do
siodła przyczepiona linka, a na jej drugim końcu
saneczki, na których siedzi zarośnięty, okutany
szalami podoficer. Też się na kulig wybrał...
Pędem przejechało
kilka "łazików" z wojskiem SS. Uzbrojeni po
zęby, w hełmach, sprawiają groźne wrażenie. Za
kilka minut wracają z powrotem, jadą w kierunku
Krobi. Przychodzi znajomy. Mówi że tuż za
rogatkami-na szosie do Krobi-
ostrzelały się czołgi rosyjskie i niemieckie.
Wiadomość ta wkrótce się potwierdza. Na ulicy
Nowe Wrota jeden z domów zostaje trafiony
kilkoma pociskami czołgowymi. Uciekinierów
cywilnych coraz mniej. Wojsko też coraz rzadziej
przeciąga. Mało wśród niego maruderów, a więcej
dobrze uzbrojonych żołnierzy. Chyba frontowcy z
pierwszej linii. Boimy się, że będą wysadzać
mosty, ładunki wybuchowe od dawna są podobno
założone. Nerwy napięte do ostatnich granic.
Wskutek tego napięcia, w nocy nie śpimy,
większość dnia spędzamy teraz w piwnicy, bo
przeraża nas gęstniejący i coraz bliższy huk
armat.
W nocy znowu na
noclegu dwóch żołnierzy niemieckich i jeden
spóźniony Węgier. Niemcy przeklinają Hitlera i
Himmlera, Węgier ze zmęczenia i strachu jest
bliski szoku. Nie możemy się z nim dogadać,
wreszcie jednak dochodzimy do porozumienia, w
wyniku czego daje mu jakieś cywilne łachy, on
zostawia swój mundur i płaszcz-namiot (cały ten
komplet przekazaliśmy później Rosjanom). Ledwie
ta zamiana dobiegła końca, z ulicy usłyszeliśmy
serię z karabinów maszynowych i wybuchy ręcznych
granatów. Nasi żołnierze w kilka sekund wybiegli
z mieszkania i truchtem puścili się w kierunku
Leszna. Czekamy w napięciu, ale i tym razem bez
rezultatu. I tak mija ta noc, jak się później
okazało, ostatnia noc okupacji.
Sobota, 22
stycznia. Mróz jakby troszeczkę zelżał.
Zapowiada się ładny dzień. Ulicami przeciągają
jeszcze jakieś luźne oddziały Niemców, jest ich
jednak coraz mniej. Nad miastem przeleciały dwa
samoloty z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach. Z
samego rana słychać całkiem blisko strzały z
dział czołgów. Teraz nie mamy wątpliwości, że
wolność jest tuż, tuż. Nie mogę sobie znaleźć
miejsca, nerwowo wyglądam przez okno, obserwuję
wycofujące się w pośpiechu wojsko. Niektórzy
żołnierze mają widoczne obtarte nogi, bo kuleją
i podpierają się kijami. Trafiają się żołnierze
bez broni.
O godzinie 11.00
przejeżdża z hukiem kilka czołgów niemieckich w
kierunku Leszna. Za jakieś piętnaście minut
czołgi wracają, mijają nasz dom, jadą w stronę
rynku. Zapanował spokój, nic się nie dzieje, od
czasu do czasu pod ścianami domów przemknie
jakiś zapóźniony żołnierz.
Godzina 11.20. Z
oddali słyszymy łoskot. Ostrożnie wychylamy się
z okna. Na ulicy pusto, wtem widzę zbliżający
się od strony Rynku czołg z czerwoną gwiazdą, a
na nim kilkunastu żołnierzy. Rosjanie! Wybiegamy
przed dom. Ludzie wyroili się z mieszkań jak
pszczoły z uli. Machają rękami, krzyczą,
ściskają i całują radzieckich żołnierzy. Na
domach wykwitły biało-czerwone flagi, widać
także kilka czerwonych sztandarów. Entuzjazm
niesłychany, wyzwala się teraz tak długie
napięcie. W odstępie 100 metrów jeden od
drugiego suną czołgi obsadzone radziecką
piechotą. Krzyczymy z radości, żołnierze
uśmiechają się do nas przyjaźnie. Czołgi nie
zatrzymują się, walą w kierunku Goli w pogoń za
uciekającymi Niemcami.
Na niektórych
czołgach widzę kobiety w mundurach, dostrzegam
też umundurowanych chłopaczków. Podobno mają
świetnie opanowaną sztukę likwidowania ładunków
wybuchowych, przecinania lontów itp. Podziwiam
te dziewczyny i tych chłopców. Jesteśmy
wyzwoleni. Trudno jakoś w to uwierzyć.
Czekaliśmy na tę chwilę pięć lat i pięć
miesięcy. Jeszcze parę godzin temu drżeliśmy ze
strachu przed jakimś trudnym do przewidzenia
postępkiem ze strony zdeterminowanych SS-manów,
a teraz koszmar ten należy już do przeszłości.
Za czołgami ciągnie
piechota. Idzie lekko, swobodnie, choć na
twarzach maluje się napięcie i zmęczenie.
Czerwonoarmiści ubrani są w czapki z
nausznikami, watowate kurtki takież spodnie. Na
ogół wszyscy w filcowych butach, niektórzy tylko
mają na stopach trzewiki, na łydkach owijacze.
Uniformy niepozorne, w nie najlepszym stanie,
ale przecież to żołnierz frontowy, który nie ma
czasu ani sił, aby dbać o elegancki wygląd.
Oficerowie swoim wyglądem zewnętrznym prawie nie
odbiegają od żołnierzy, chociaż dostrzegam
kilku- jak na warunki tego ruchomego
frontu-wyjątkowo dobrze się
prezentujących. Każdy żołnierz jest uzbrojony w
pistolet automatyczny z talerzowym magazynkiem
(pepesza).
U żadnego- w
przeciwieństwie do Niemców- nie dostrzegam maski
gazowej. Witamy ich serdecznie, częstujemy
papierosami, chlebem, słoniną- tym, co jeszcze
posiadamy. Wojsko przeważnie odmawia, żołnierze
tłumaczą nam, że mają jedzenia w bród, że u nich
wszystkiego "mnogo" i, że nam się z pewnością te
nasze ocalałe zapasy lepiej przydadzą. Nie
odmawiają szklaneczki wódki, ale tej w naszym
mieście nie ma zbyt wiele. Nagle słyszymy ryk
silników i na niebie pojawiają się cztery
szturmowe samoloty niemieckie. Żołnierze i
cywile błyskawicznie kryją się w bramach,
samoloty jednak odlatują w kierunku Poznania.
Konno jedzie oficer radziecki. Przystojny,
dobrze ubrany, siedzi na koniu jak przyrośnięty
do siodła. Koń staje nagle i mimo "zachęcania"
go nahajką , uparcie jak muł tkwi w miejscu.
Oficer klepie go po karku i mówi:" Nu, Adolf
Hitler, wpierod...." Przyglądający się tłum
wybucha śmiechem, oficer śmieje się również i
kłusem galopuje za swoim oddziałem.
Od strony Goli
kilku konwojentów prowadzi pierwszych
niemieckich jeńców. Jest ich 13-stu, a na czele
oficer SS. Żołnierze wloką się ociężale ze
wzrokiem wbitym w ziemię. SS-man idzie natomiast
z hardo podniesioną głową, w oczach ma nienawiść
i pogardę! Zapraszamy oficera radzieckiego,
młodego dwudziestoletniego lejtnanta, wraz z
kilkoma żołnierzami do mieszkania. Otrzymują
skromny poczęstunek, są jednak milczący,
poważni: oficer wstaje, dziękuje i mówi, że
muszą już iść dalej, gonić i bić Germańców.
Wojsko ciągnie i ciągnie. Cały dzień spędzamy na
przyglądaniu się, na chodzeniu do znajomych i
dzieleniu się wrażeniami z pierwszego dnia
wolności. Wszyscy są nią oszołomieni, każdego
jednak dręczy jeszcze jakaś nieokreślona obawa,
czy to już naprawdę koniec udręki, czy Niemcy
nie zrobią jakiegoś kontrnatarcia i wrócą, aby
się krwawo odegrać. Podobno jakieś duże
zgrupowanie wojsk niemieckich znajduje się
w wędrującym kotle, który łatwo w odwrocie może
zawadzić o nasze miasto. Polami i ogrodami
przemykają zagubieni żołnierze niemieccy. Są
głodni i zmęczeni, szukają schronienia, są
zdecydowani na wszystko. Na noc barykadujemy się
przezornie w mieszkaniach. Lepiej nie kusić
licha.
Niedziela, 28
stycznia. Gostyń ma jak dotąd szczęście. Oprócz
spalonego gimnazjum, żadnych większych szkód
miasto nie
doznało. Wprawdzie dzisiaj w nocy spalił się
jeden dom mieszkalny w Rynku, wybuchły także w
kilku innych domach, zostały jednak one
ugaszone. Spadł duży śnieg, nadal trzyma silny
mróz. W mieście od czasu do czasu słychać
strzelaninę. Grupki Niemców, a nieraz i
pojedynczy żołnierze, próbują przedostać się do
swoich i wpadają w pułapkę.
Spodziewamy się, że Rosjanie ustanowią chyba
jakąś władzę i zaprowadzą porządek. Po południu,
razem z kolegą, zgłosiłem się do utworzonej już
dzisiaj Milicji Obywatelskiej. Siedziba mieści
się w ratuszu, na Rynku. Otrzymaliśmy
przepustki uprawniające nas do poruszania przez
całą dobę w mieście, biało czerwone opaski i
.... to wszystko. O broni jakoś nikt nie
wspomniał. O godz. 23:00 wyruszyliśmy w dwóch
patrolować ulicę Leszczyńską. Ciemno, zimno
wiatr hula. Idziemy pod ścianami domów z duszą
na ramieniu. Gdyby tak nagle pojawił się jakiś
Niemiec, nie
pozostało by nam nic innego jak wziąć nogi za
pas. Na szczęście
wszędzie pustka, nie licząc leżących przed
budynkiem poczty trupów
własowców.
Poniedziałek, 29stycznia. Od godz.11.00 do 13.00
na patrolu, nadal
bez żadnej broni. Z pomieszczeń niemieckiej
policji zabieram na
pamiątkę solidny bykowiec, którym- jak mi się
zdaję- bodajże w roku 1943
dostałem solidne cięgi za poruszanie się w
mieście kilka minut po
godzinie policyjnej. Wieczorem sensacja. W mieście
zjawia się pierwszy
oddział wojska polskiego, "lubelskiego"- jak się
wówczas mówiło. Wszyscy
ubrani w buty z cholewami, żółte spodnie, kurtki
koloru khaki i
rogatywki. W Gostyniu pozostało trzech żołnierzy
i dwóch
oficerów, reszta pociągnęła na zachód. Przed
odmarszem odśpiewali na
Rynku Jeszcze Polska, co wzruszyło nas do łez.
Bez przerwy ciągną w kierunku Leszna Rosjanie. Leszno podobno
dziś zostało wyzwolone, w Poznaniu zaś toczą się
jeszcze ciężkie walki.
Wtorek, 30 stycznia. W nocy od 23:00 do 1:00 na
patrolu. Tym razem
otrzymaliśmy już niemieckie karabiny i po sześć
nabojów. Przed
wręczeniem broni krótko poinstruowano nas, jak
się z nią
obchodzić. Podczas patrolu nic szczególnego. Silny
mróz i
wiatr. Niesamowite wrażenie robią w nocy ciągle
jeszcze nie uprzątnięte
trupy poległych Niemców.
Spałem po patrolu prawie do południa, toteż nie
byłem na wiecu
zorganizowanym o godz.9:00 rano na Rynku. Ludność
miasta stawiła się
tłumnie i wysłuchała przemówienia polskiego
oficera. W południe znowu
patrolujemy ulicę. Czujemy się z tymi karabinami
trochę
głupio. Przeciąga ulicami masa wojska, w oczach
niektórych żołnierzy
widzę lekką kpinę. No pewnie, cóż z nas za
wojacy...
Dowiaduję się, że w mieście pozostało około
40-tu volksdeutschów. Chwilowo zatrudnieni są przy
różnego rodzaju pracach
porządkowych. Niestety, ci którzy najbardziej dali
się nam w czasie
okupacji we znaki, uciekli pierwsi.
Utworzona została przez Rosjan Komenda Wojenna i
Komenda
Miasta. Wydano szereg obwieszczeń i
zarządzeń, mających na celu
zapewnienie porządku i bezpieczeństwa. Z uwagi na
możliwość dywersji
zarządzono zdanie pozostawionych przez Niemców
radioodbiorników.
Środa, 31 stycznia. Znajomy, dysponujący zwykle
wiarygodnymi
informacjami, mówi mi, że w Poznaniu zostało
otoczonych około 50 tysięcy
Niemców. Rzekomo jest też między nimi sam
gauleiter Greiser. Mało
prawdopodobne. Mróz zelżał, zapowiada się odwilż. Miasto powoli
wraca do
normalnego życia, otwarte są już niektóre sklepy
i urzędy. Po południu
komendant MO wysyła mnie z kolegą do biur
NSDAP, które mieściły się
przy ul. Kolejowej. Zastajemy tam kosmiczny bałagan. Na podłogach całe
stosy akt, papierów i różnego śmiecia. Będziemy tu
mieli pracy co
najmniej na tydzień. Na razie zabezpieczamy
znalezioną amunicję, której
jest bardzo dużo.
Ukazały się pierwsze odezwy podpisane przez rząd
polski w
Lublinie. Wzywa się do udzielenia wszelkiej
pomocy wojskom radzieckim i
władzom wojskowym. Cel ostateczny- zwycięstwo nad
Niemcami.
Nie mamy radia, nie ukazują się gazety, toteż
niewiele wiemy co
dzieję się na walczących frontach całego
świata. Skazani jesteśmy
na różne plotki i inne wiadomości, często
nieprawdziwe, często
panikarskie. Nie przyczynia się to do wytworzenia
najlepszych
nastrojów, tym bardziej, że z żywnością krucho.
Szerzą się pogłoski, że wkrótce zostanie
ogłoszona mobilizacja
roczników 1920-1925. Mówi się także, że rząd
emigracyjny w Londynie
ogłosił zdrajcami sprawy narodowej tych
wszystkich, którzy ochotniczo
wstąpią w szeregi wojska "lubelskiego". Sytuacja
jednym słowem mocno
zagmatwana, trzeba poczekać co przyniesie
przyszłość.
W gmachu sądu mieści się od dzisiaj siedziba
polskiej komendy
wojskowej. Obsadę stanowi dwóch oficerów i kilku żołnierzy.
Powracają do miast wysiedleńcy z kilkuletniej
tułaczki po
Generalnej Guberni. Każdego dnia będzie ich coraz więcej .Wrócili też
moi krewni. Mieszkali w czasie okupacji w
Warszawie, przeżyli piekło
Powstania, stracili cały skromny dobytek.
Jesteśmy znowu wszyscy razem w wolnym mieście, w
wolnym kraju. Z
pewnością nie będzie nam lekko. Ale najważniejsze, że koszmar lat
okupacyjnych już za nami, że odzyskaliśmy godność
i znowu jesteśmy
wolnymi ludźmi.
strona:
1
2
|