Kontakt:

Stowarzyszenie Pomost, o. Gostyń

biuro 65 573 31 41

kom. 607 101 703

kom. 601 469 494

 

 

Ciekawostki

Wyzwolenie Gostynia-wspomnienia Kazimierza Woźnego

Fragment książki "Wielkopolanie o roku 1945", wydawnictwo Poznań

Oficerowie nawiewają na motocyklach lub samochodami. Od czasu do czasu przejedzie kilka czołgów, samochodów pancernych, czy działek. Wszystko dokładnie przemieszane, wieją bez ładu i składu. Chyba jednak Rosjanie są już blisko.
W Piaskach (4km od Gostynia) Niemcy rozgrabili magazyny wojskowe zawierające w większości obuwie wojskowe. Żołnierze próbują teraz zrabowane buty sprzedać. Towar łakomy (ileż to czasu chodziliśmy w drewniakach), więc amatorów jest dużo. Kto by tam zresztą obecnie liczył się z markami! Ale ledwie transakcja dojdzie do skutku i zadowolony rodak odchodzi z butami pod pachą, już podbiega do niego inny żołnierz i kapcie odbiera. Często gęsto wali jeszcze po twarzy, krzycząc coś o polskich złodziejach. Takie to morale tej germańskiej armii.

Naszych gostyńskich policjantów już nie ma. Niekiedy przechodzą policjanci- uciekinierzy. To już nie ci sami żandarmi, którzy sprawowali nad nami nieograniczoną władzę. Przychodzą i proszą o coś ciepłego do picia, o kawałek chleba. Są jeszcze groźni, nie możemy więc jawnie okazywać naszej satysfakcji, ale w duchu pogardzamy nimi i cieszymy się
z ich upokorzenia. Zupełny brak chleba. Z czynnych piekarni cały wypiek zabiera wojsko. Zamknięte są też wszystkie inne sklepy. Niektóre zostały dokładnie obrabowane przez wojsko, jeszcze inne już przedtem- nie zważając na niebezpieczeństwo- ogołocili z towaru gostyńscy rodacy. Raz po raz słychać strzały karabinowe. Kolega mówił mi, że w
tzw. Deutsches Haus (mieszczącym się w restauracji Jezierskiego) policja zastrzeliła dwóch Polaków za to tylko, że nie chcieli oddać żołnierzom swoich rowerów.

Wracają ludzie z okopów, obozów pracy i więzień. Dzisiejszej nocy spały w naszym mieszkaniu cztery kobiety, byłe więźniarki z Osiecznej. Następnego ranka, w silny mróz, udały się pieszo w dalszą drogę do Krotoszyna. Tejże nocy, tak jak i w poprzednie, czuwamy na zmianę. Jesteśmy jednak bezradni wobec własowców, którzy, diabli wiedzą jakim wiedzeni węchem, wdarli się do ogrodu i rozbili wszystkie ule z pszczołami. I tak dobrze że nie władowali się do mieszkania, bo mogłoby być znacznie gorzej. Krążą już o nich legendy...

Czwartek, 25 stycznia. Mróz. Czekamy w wielkim napięciu na nadejście Rosjan, ale na razie ulice zawalone są uciekinierami i wojskiem niemieckim. Dowiadujemy się, że w nocy Węgrzy ograbili klasztor ojców Filipinów na Świętej Górze. Przy okazji zrzucili swoje uniformy i poprzebierali się w mundury strażackie. Gdzieś w oddali słychać artyleryjskie strzały. Czasem przemkną pojedyncze samoloty niemieckie. Wojsko znowu plądruje składy. Ogołocą nas ze wszystkiego. Na ulicę w ogóle nie wychodzimy. Do sąsiadów przeskakujemy ogrodami. Znowu mamy w nocy trzech żołnierzy. Są tak otępiali ze zmęczenia, że po wypiciu gorącej kawy, nic nie jedząc, kładą się na podłogę. My schodzimy do piwnicy, gdzie już od dawna znajdują się nasze walizki z najpotrzebniejszymi rzeczami. Ja nie potrzebuję się o żadne tobołki martwić. Mam tylko to, co na sobie, reszta została pod Berlinem. Każdej chwili oczekujemy wysadzenia mostów, jakoś jednak do tego nie dochodzi.

Piątek, 26 stycznia. Mróz. Strzały słychać coraz bliżej. Mówią, że Rosjanie zajęli już Kunowo (8km od Gostynia). Nacierają również z kierunku Krobi. Teraz to już naprawdę kwestia kilku godzin. Nie widać przecież, aby Niemcy próbowali zorganizować jakiś planowany opór, wieją nie oglądając się za siebie. Zabawny widok: jedzie na koniu żołnierz czy oficer niemiecki, do siodła przyczepiona linka, a na jej drugim końcu saneczki, na których siedzi zarośnięty, okutany szalami podoficer. Też się na kulig wybrał...

Pędem przejechało kilka "łazików" z wojskiem SS. Uzbrojeni po zęby, w hełmach, sprawiają groźne wrażenie. Za kilka minut wracają z powrotem, jadą w kierunku Krobi. Przychodzi znajomy. Mówi że tuż za rogatkami-na szosie do Krobi-
ostrzelały się czołgi rosyjskie i niemieckie. Wiadomość ta wkrótce się potwierdza. Na ulicy Nowe Wrota jeden z domów zostaje trafiony kilkoma pociskami czołgowymi. Uciekinierów cywilnych coraz mniej. Wojsko też coraz rzadziej przeciąga. Mało wśród niego maruderów, a więcej dobrze uzbrojonych żołnierzy. Chyba frontowcy z pierwszej linii. Boimy się, że będą wysadzać mosty, ładunki wybuchowe od dawna są podobno założone. Nerwy napięte do ostatnich granic. Wskutek tego napięcia, w nocy nie śpimy, większość dnia spędzamy teraz w piwnicy, bo przeraża nas gęstniejący i coraz bliższy huk armat.

W nocy znowu na noclegu dwóch żołnierzy niemieckich i jeden spóźniony Węgier. Niemcy przeklinają Hitlera i Himmlera, Węgier ze zmęczenia i strachu jest bliski szoku. Nie możemy się z nim dogadać, wreszcie jednak dochodzimy do porozumienia, w wyniku czego daje mu jakieś cywilne łachy, on zostawia swój mundur i płaszcz-namiot (cały ten komplet przekazaliśmy później Rosjanom). Ledwie ta zamiana dobiegła końca, z ulicy usłyszeliśmy serię z karabinów maszynowych i wybuchy ręcznych granatów. Nasi żołnierze w kilka sekund wybiegli z mieszkania i truchtem puścili się w kierunku Leszna. Czekamy w napięciu, ale i tym razem bez rezultatu. I tak mija ta noc, jak się później okazało, ostatnia noc okupacji.

Sobota, 22 stycznia. Mróz jakby troszeczkę zelżał. Zapowiada się ładny dzień. Ulicami przeciągają jeszcze jakieś luźne oddziały Niemców, jest ich jednak coraz mniej. Nad miastem przeleciały dwa samoloty z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach. Z samego rana słychać całkiem blisko strzały z dział czołgów. Teraz nie mamy wątpliwości, że wolność jest tuż, tuż. Nie mogę sobie znaleźć miejsca, nerwowo wyglądam przez okno, obserwuję wycofujące się w pośpiechu wojsko. Niektórzy żołnierze mają widoczne obtarte nogi, bo kuleją i podpierają się kijami. Trafiają się żołnierze bez broni.

O godzinie 11.00 przejeżdża z hukiem kilka czołgów niemieckich w kierunku Leszna. Za jakieś piętnaście minut czołgi wracają, mijają nasz dom, jadą w stronę rynku. Zapanował spokój, nic się nie dzieje, od czasu do czasu pod ścianami domów przemknie jakiś zapóźniony żołnierz.

Godzina 11.20. Z oddali słyszymy łoskot. Ostrożnie wychylamy się z okna. Na ulicy pusto, wtem widzę zbliżający się od strony Rynku czołg z czerwoną gwiazdą, a na nim kilkunastu żołnierzy. Rosjanie! Wybiegamy przed dom. Ludzie wyroili się z mieszkań jak pszczoły z uli. Machają rękami, krzyczą, ściskają i całują radzieckich żołnierzy. Na domach wykwitły biało-czerwone flagi, widać także kilka czerwonych sztandarów. Entuzjazm niesłychany, wyzwala się teraz tak długie napięcie. W odstępie 100 metrów jeden od drugiego suną czołgi obsadzone radziecką piechotą. Krzyczymy z radości, żołnierze uśmiechają się do nas przyjaźnie. Czołgi nie zatrzymują się, walą w kierunku Goli w pogoń za uciekającymi Niemcami.

Na niektórych czołgach widzę kobiety w mundurach, dostrzegam też umundurowanych chłopaczków. Podobno mają świetnie opanowaną sztukę likwidowania ładunków wybuchowych, przecinania lontów itp. Podziwiam te dziewczyny i tych chłopców. Jesteśmy wyzwoleni. Trudno jakoś w to uwierzyć. Czekaliśmy na tę chwilę pięć lat i pięć miesięcy. Jeszcze parę godzin temu drżeliśmy ze strachu przed jakimś trudnym do przewidzenia postępkiem ze strony zdeterminowanych SS-manów, a teraz koszmar ten należy już do przeszłości.

Za czołgami ciągnie piechota. Idzie lekko, swobodnie, choć na twarzach maluje się napięcie i zmęczenie. Czerwonoarmiści ubrani są w czapki z nausznikami, watowate kurtki takież spodnie. Na ogół wszyscy w filcowych butach, niektórzy tylko mają na stopach trzewiki, na łydkach owijacze. Uniformy niepozorne, w nie najlepszym stanie, ale przecież to żołnierz frontowy, który nie ma czasu ani sił, aby dbać o elegancki wygląd. Oficerowie swoim wyglądem zewnętrznym prawie nie odbiegają od żołnierzy, chociaż dostrzegam kilku- jak na warunki tego ruchomego frontu-wyjątkowo dobrze się prezentujących. Każdy żołnierz jest uzbrojony w pistolet automatyczny z talerzowym magazynkiem (pepesza).

U żadnego- w przeciwieństwie do Niemców- nie dostrzegam maski gazowej. Witamy ich serdecznie, częstujemy papierosami, chlebem, słoniną- tym, co jeszcze posiadamy. Wojsko przeważnie odmawia, żołnierze tłumaczą nam, że mają jedzenia w bród, że u nich wszystkiego "mnogo" i, że nam się z pewnością te nasze ocalałe zapasy lepiej przydadzą. Nie odmawiają szklaneczki wódki, ale tej w naszym mieście nie ma zbyt wiele. Nagle słyszymy ryk silników i na niebie pojawiają się cztery szturmowe samoloty niemieckie. Żołnierze i cywile błyskawicznie kryją się w bramach, samoloty jednak odlatują w kierunku Poznania. Konno jedzie oficer radziecki. Przystojny, dobrze ubrany, siedzi na koniu jak przyrośnięty do siodła. Koń staje nagle i mimo "zachęcania" go nahajką , uparcie jak muł tkwi w miejscu. Oficer klepie go po karku i mówi:" Nu, Adolf Hitler, wpierod...." Przyglądający się tłum wybucha śmiechem, oficer śmieje się również i kłusem galopuje za swoim oddziałem.

Od strony Goli kilku konwojentów prowadzi pierwszych niemieckich jeńców. Jest ich 13-stu, a na czele oficer SS. Żołnierze wloką się ociężale ze wzrokiem wbitym w ziemię. SS-man idzie natomiast z hardo podniesioną głową, w oczach ma nienawiść i pogardę! Zapraszamy oficera radzieckiego, młodego dwudziestoletniego lejtnanta, wraz z kilkoma żołnierzami do mieszkania. Otrzymują skromny poczęstunek, są jednak milczący, poważni: oficer wstaje, dziękuje i mówi, że muszą już iść dalej, gonić i bić Germańców. Wojsko ciągnie i ciągnie. Cały dzień spędzamy na przyglądaniu się, na chodzeniu do znajomych i dzieleniu się wrażeniami z pierwszego dnia wolności. Wszyscy są nią oszołomieni, każdego jednak dręczy jeszcze jakaś nieokreślona obawa, czy to już naprawdę koniec udręki, czy Niemcy nie zrobią jakiegoś kontrnatarcia i wrócą, aby się krwawo odegrać. Podobno jakieś duże zgrupowanie wojsk niemieckich znajduje się
w wędrującym kotle, który łatwo w odwrocie może zawadzić o nasze miasto. Polami i ogrodami przemykają zagubieni żołnierze niemieccy. Są głodni i zmęczeni, szukają schronienia, są zdecydowani na wszystko. Na noc barykadujemy się przezornie w mieszkaniach. Lepiej nie kusić licha.

Niedziela, 28 stycznia. Gostyń ma jak dotąd szczęście. Oprócz spalonego gimnazjum, żadnych większych szkód miasto nie
doznało. Wprawdzie dzisiaj w nocy spalił się jeden dom mieszkalny w Rynku, wybuchły także w kilku innych domach, zostały jednak one ugaszone. Spadł duży śnieg, nadal trzyma silny mróz. W mieście od czasu do czasu słychać strzelaninę. Grupki Niemców, a nieraz i pojedynczy żołnierze, próbują przedostać się do swoich i wpadają w pułapkę.
Spodziewamy się, że Rosjanie ustanowią chyba jakąś władzę i zaprowadzą porządek. Po południu, razem z kolegą, zgłosiłem się do utworzonej już dzisiaj Milicji Obywatelskiej. Siedziba mieści się w ratuszu, na Rynku. Otrzymaliśmy przepustki uprawniające nas do poruszania przez całą dobę w mieście, biało czerwone opaski i .... to wszystko. O broni jakoś nikt nie wspomniał. O godz. 23:00 wyruszyliśmy w dwóch patrolować ulicę Leszczyńską. Ciemno, zimno wiatr hula. Idziemy pod ścianami domów z duszą na ramieniu. Gdyby tak nagle pojawił się jakiś Niemiec, nie pozostało by nam nic innego jak wziąć nogi za pas. Na szczęście wszędzie pustka, nie licząc leżących przed budynkiem poczty trupów własowców.

Poniedziałek, 29stycznia. Od godz.11.00 do 13.00 na patrolu, nadal bez żadnej broni. Z pomieszczeń niemieckiej policji zabieram na pamiątkę solidny bykowiec, którym- jak mi się zdaję- bodajże w roku 1943 dostałem solidne cięgi za poruszanie się w mieście kilka minut po godzinie policyjnej. Wieczorem sensacja. W mieście zjawia się pierwszy oddział wojska polskiego, "lubelskiego"- jak się wówczas mówiło. Wszyscy ubrani w buty z cholewami, żółte spodnie, kurtki koloru khaki i rogatywki. W Gostyniu pozostało trzech żołnierzy i dwóch oficerów, reszta pociągnęła na zachód. Przed odmarszem odśpiewali na Rynku Jeszcze Polska, co wzruszyło nas do łez. Bez przerwy ciągną w kierunku Leszna Rosjanie. Leszno podobno dziś zostało wyzwolone, w Poznaniu zaś toczą się jeszcze ciężkie walki.

Wtorek, 30 stycznia. W nocy od 23:00 do 1:00 na patrolu. Tym razem otrzymaliśmy już niemieckie karabiny i po sześć nabojów. Przed wręczeniem broni krótko poinstruowano nas, jak się z nią obchodzić. Podczas patrolu nic szczególnego. Silny mróz i wiatr. Niesamowite wrażenie robią w nocy ciągle jeszcze nie uprzątnięte trupy poległych Niemców. Spałem po patrolu prawie do południa, toteż nie byłem na wiecu zorganizowanym o godz.9:00 rano na Rynku. Ludność miasta stawiła się tłumnie i wysłuchała przemówienia polskiego oficera. W południe znowu patrolujemy ulicę. Czujemy się z tymi karabinami trochę głupio. Przeciąga ulicami masa wojska, w oczach niektórych żołnierzy widzę lekką kpinę. No pewnie, cóż z nas za wojacy... Dowiaduję się, że w mieście pozostało około 40-tu volksdeutschów. Chwilowo zatrudnieni są przy różnego rodzaju pracach porządkowych. Niestety, ci którzy najbardziej dali się nam w czasie okupacji we znaki, uciekli pierwsi. Utworzona została przez Rosjan Komenda Wojenna i Komenda Miasta. Wydano szereg obwieszczeń i zarządzeń, mających na celu zapewnienie porządku i bezpieczeństwa. Z uwagi na możliwość dywersji zarządzono zdanie pozostawionych przez Niemców radioodbiorników.

Środa, 31 stycznia. Znajomy, dysponujący zwykle wiarygodnymi informacjami, mówi mi, że w Poznaniu zostało otoczonych około 50 tysięcy Niemców. Rzekomo jest też między nimi sam gauleiter Greiser. Mało prawdopodobne. Mróz zelżał, zapowiada się odwilż. Miasto powoli wraca do normalnego życia, otwarte są już niektóre sklepy i urzędy. Po południu komendant MO wysyła mnie z kolegą do biur NSDAP, które mieściły się przy ul. Kolejowej. Zastajemy tam kosmiczny bałagan. Na podłogach całe stosy akt, papierów i różnego śmiecia. Będziemy tu mieli pracy co najmniej na tydzień. Na razie zabezpieczamy znalezioną amunicję, której jest bardzo dużo.

Ukazały się pierwsze odezwy podpisane przez rząd polski w Lublinie. Wzywa się do udzielenia wszelkiej pomocy wojskom radzieckim i władzom wojskowym. Cel ostateczny- zwycięstwo nad Niemcami. Nie mamy radia, nie ukazują się gazety, toteż niewiele wiemy co dzieję się na walczących frontach całego świata. Skazani jesteśmy na różne plotki i inne wiadomości, często nieprawdziwe, często panikarskie. Nie przyczynia się to do wytworzenia najlepszych nastrojów, tym bardziej, że z żywnością krucho. Szerzą się pogłoski, że wkrótce zostanie ogłoszona mobilizacja roczników 1920-1925. Mówi się także, że rząd emigracyjny w Londynie ogłosił zdrajcami sprawy narodowej tych wszystkich, którzy ochotniczo
wstąpią w szeregi wojska "lubelskiego". Sytuacja jednym słowem mocno zagmatwana, trzeba poczekać co przyniesie przyszłość.

W gmachu sądu mieści się od dzisiaj siedziba polskiej komendy wojskowej. Obsadę stanowi dwóch oficerów i kilku żołnierzy. Powracają do miast wysiedleńcy z kilkuletniej tułaczki po Generalnej Guberni. Każdego dnia będzie ich coraz więcej .Wrócili też moi krewni. Mieszkali w czasie okupacji w Warszawie, przeżyli piekło Powstania, stracili cały skromny dobytek. Jesteśmy znowu wszyscy razem w wolnym mieście, w wolnym kraju. Z pewnością nie będzie nam lekko. Ale najważniejsze, że koszmar lat okupacyjnych już za nami, że odzyskaliśmy godność i znowu jesteśmy wolnymi ludźmi.
 

                                                                         strona: 1   2

 

Copyright: Stowarzyszenie Pomost, o. Gostyń

www.pomost.net.pl

projekt: fryga.com